Urbex, czy też miejska eksploracja to obecnie zajęcie nad wyraz popularne. Jednak ja mając naście lat nie zdawałem sobie sprawy, że latając po wiecznie nieukończonym osiedlu, jestem „miejskim eksploratorem”! Dziś dziesiątki domorosłych poszukiwaczy prześcigają się w produkcji kolejnych youtubowych hitów, zapewne licząc na splendor i sławę. Ba! Nawet powstał festiwal traktujący o opuszczonych miejscach. I bardzo dobrze! Jest tylko jedno „ale”, które muszę tu głośno wykrzyczeć, cytując klasyka: „wy wszyscy jesteście pojebani! Was nie można sądzić, was… was trzeba leczyć!”*
Urbex – my kontra oni.
My, czyli elita miejskiej eksploracji. Urbex mamy we krwi! Byliśmy już w kilku miejscach, wliczając w to opuszczony śmietnik oraz zapomniany schron za szkolnym boiskiem. Co prawda do niego nie wchodziliśmy, bo aktualnie zamieszkują tam bezdomni, ale byliśmy. Sztuka dla sztuki, jednak nowy materiał na vlog/blog/funpage można dodać. A i oczywiście nie można zapominać o najważniejszym! #AkcjaLokalizacja!
Oni, to z kolei wszyscy inni, ale nie Inni z filmu Alejandro Amenábara, a każdy kolega po fachu. Jeżeli taki inny, chciałby również zobaczyć ten opuszczony śmietnik to naszym najważniejszym zadaniem jest bronić lokalizacji do upadłego. A jeżeli sytuacja będzie tego wymagała to i położyć się przed owym śmietnikiem, niczym Rejtan podczas Sejmu Rozbiorowego.
Urbex jest cholernie niebezpieczny i skomplikowany!
Kiedy po dwóch latach spędzonych w Tajlandii, chwilowo zatrzymaliśmy się w Polsce, to ten czas chciałem wykorzystać między innymi na zrobienie kilku fajnych zdjęć. Bo przecież jedyne co może uchronić obiekt przed zniszczeniem, a w konsekwencji zapomnieniem – są właśnie zdjęcia. Żadne akcje i okrywanie miejsc tajemnicą nic tu nie pomogą, gdyż po prostu nie da się wygrać z mijającym czasem… W takim razie każdemu miłośnikowi powinno zależeć na jak najlepszym udokumentowaniu takich miejsc. Czyż nie?
Jednak kiedy zacząłem zagłębiać się w meandry „polskiej sceny urbexowej” (sic!) odkryłem, że… urbex jest bardzo, ale to baaardzo niebezpieczny! I nie chodzi tu o skręcenie nogi, czy też nabicie guza w jakiejś bardzo opuszczonej i jeszcze bardziej tajemniczej „miejscówce”. To co na poważnie powinno cię odstraszyć to… bardzo skomplikowany graf środowiskowej zależności oraz sympatii i antypatii. Przypuśćmy, że chciałbyś pojechać w miejsce A z panem X i panią Y. W pierwszej kolejności musisz sprawdzić, czy X zna Y. Następnie, jakie stosunki między nimi panują i czy lubią nawzajem swoje kanały. Później należałoby zrobić szybki research, czy może X zna się z W, a jego akurat nie lubi Y. A potem to już można jechać. Tylko gdzie to my jechaliśmy..?
Miejski eksplorator to pies…. pies ogrodnika.
Może jednak lepiej będzie jak pojadę na ten urbex sam. W takim razie poproszę o drobną pomoc, kogoś kto już tam był. Wyjaśni mi jak najlepiej dojechać i na co uważać. W końcu jesteśmy miłośnikami tego samego! Wypada jednak się jakoś przedstawić, czy też pokazać portfolio. Kiedy w moim życiu królowało wspinanie, to na podobnej zasadzie dobierało się partnerów. Pokaż co już zrobiłeś, gdzie byłeś, jakie masz jaja, a może zrobimy jakąś drogę razem.
Błąd! To nie jest ważne. A co w takim razie jest najbardziej istotne? To, żebyś nie pojechał tam gdzie ja już byłem. Nie daj Boże zrobisz lepsze zdjęcia, czy też znajdziesz ciekawsze kadry. Na to nie mogę pozwolić!
Urbex ma jednak dwie strony.
To co przeczytaliście powyżej to szczera prawda i takie mam odczucia obserwując jak nawzajem wyszarpujecie sobie każde „tajemne” miejsce. Ale oto mam dla was nowinę! Tajemnicza otoczka wcale nie służy ochronie miejsc. Złomiarze nie czytają waszych blogów, a nastoletni wandale nie będą jechać 500km, aby wybić parę szyb. Jest jednak i druga strona medalu.
🔻🔻🔻 Czytaj dalej…
Po opublikowaniu galerii z opuszczonego domu publicznego, dostałem kilka pytań „gdzie to”. Po nurkowaniu w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym pytania „jak tam się wchodzi”. Opuszczona koparka to z kolei zarzuty o bycie „psem ogrodnika”, a dla odmiany tekst o pałacu myśliwskim spotkał się z krytyką, bo lokalizacja jest jawnie podana. Szkoda, że ci komentujący nie znaleźli chwili, aby ów tekst przeczytać… gdyż miał on pomóc w ratowaniu pałacu w Mojej Woli. Jednak wszyscy pytający za każdym razem spotykają się z tą samą odpowiedzią – wiem, ale nie powiem! Ha! A więc jestem dokładnie taki sam! Pieprzony pies ogrodnika i wielki pan eksplorator. Gwiazda z zadartym nosem!
Róbta, co chceta!
Róbcie zdjęcia, filmy, czy co tam akurat uważacie za słuszne. Mogę nawet w tym pomóc, podając szczegóły dla osób mających jakieś tam pojęcie. Chętnie odpowiem na pytania, czy ta dziura przez, którą się wchodzi nadal jest otwarta albo ile się idzie na miejsce nurkowe w MRU. Jednak pytania „gdzie to jest” pozostaną bez odpowiedzi… Powód moich odmów jest jednak bardzo prozaiczny i nie ma nic wspólnego z „chronieniem” miejsca.
Byliście kiedyś w takim prawdziwym sądzie? Ja niestety byłem wiele razy, tak po stronie oskarżającej, jak i oskarżanej. Od sądu cywilnego, przez administracyjny, aż po karny. Co prawda nie jestem rzezimieszkiem, a te wizyty związane były z wykonywaną kiedyś pracą, jednak fakt jest faktem. I jest parę rzeczy, których się nauczyłem dzięki tym pozwom. Po pierwsze – kiedy wysoki sąd wchodzi na salę, to sprawiedliwość wychodzi oknem. Po drugie – zbieramy już efekty bezstresowego wychowania oraz amerykańskiego poczucia krzywdy i być pozwanym o bzdurę, to nic nadzwyczajnego. Dlatego mając swoją rodzinę i plany na życie nie chcę tracić czasu na kolejne pozwy. Nie będę więc kręcił sam na siebie bata i nie udzielam żadnych informacji dotyczących lokalizacji. Szczególnie lokalizacji miejsc, których zwiedzanie jest niebezpieczne. To jednak nie powinno was powstrzymywać! Bardzo chętnie zobaczę lepsze zdjęcia i fajne filmy z tych samych miejsc.
Zobacz też film z nurkowania:
* to jest oczywiście cytat z filmu Psy.